e-Learning dla inżynierów
Po wylaniu pokonferencyjnej żółci w poprzednim poście, chciałbym się podzielić swoimi przemyśleniami na temat e-learningu dla inżynierów.
Otóż po jednym z wystąpień pojawiło się pytanie „Czy inżyniera można wykształcić całkowicie przy wykorzystaniu e-learningu ?”, skłoniło mnie ono do zastanowienia się, nad tym jak intensywnie powinno sie kształcić inżyniera, tego przyszłego i tego, który już pracuje.
Moim zdaniem, automatycy, elektronicy, elektrycy, mechanicy, chemicy, wszyscy inni co najmniej kilkanaście dni w roku powinni poświęcić na doszkalanie się, a jeszcze więcej na samokształcenie – zwłaszcza w miejscu pracy. Podczas rozmów z kilkoma uczestnikami dzisiejszej konferencji okazało się, że problem szkoleń jest dwojaki. Z jednej strony jest to niechęć pracowników, a z drugiej obawy przełożonych. Oczywiście ze swoją wrodzoną dociekliwością, zapytałem jakie są te obawy, otóż okazuje się, że przełożeni, pomimo zauważania konieczności ciągłego rozwoju swojej kadry inżynieryjno-technicznej borykają się z szeregiem problemów, które rzutują na decyzję czy pozwolić pracownikowi wyjechać poza firmę na kilka dni, czy nie.
Bo co
– jeżeli podczas jego nieobecności nastąpi jakaś awaria,
– jeżeli spotka się na szkoleniu z konkurencją i będzie miał ochotę odejść,
– jeśli się czegoś dowie i sam przełożony będzie musiał się douczyć ?
Takich jeżeli pojawiło się pomiędzy kolejnymi łykami kawy sporo.
Do czasu tej rozmowy uważałem, że jeżeli inżynier nie będzie w sposób ciągły rozwijał swoich umiejętności, stanu wiedzy na temat najnowocześniejszych rozwiązań technicznych z własnej dziedziny, może się w międzyczasie okazać, że jego wiedza nie pozwala efektywnie pracować, albo nie pozwala pracować wcale, ale problem jak widać jest jeszcze nieuświadomiony.
Czy e-learning będący hasłem przewodnim konferencji jest rozwiązaniem wspomnianych problemów – w pewnej mierze tak, ale nie jestem pewien. Wiem jednak, że jest interesującą alternatywą zdobywania aktualnej wiedzy inżynierskiej.
E-learning otwiera możliwości zwiększenia aktualności, atrakcyjności i dostępności, ale nie zastąpi obcowania ze sprzętem i kontaktu ze specjalistami. Myślę więc, że warto zacząć wykonywać drobne kroczki w stronę wykorzystania internetu w nauczaniu chociażby, jak wspomniano w trakcie jednego z wykładów przez publikowanie zadań, zagadnień, otwartych pytań problemów, wyników egzaminów i sprawdzianów na własnych stronach internetowych, co przecież nie jest wielkim wysiłkiem, a jak powiedział jeden ze uczestników konferencji:
„Problem poszerzania wiedzy przez prowadzących jest największą przeszkodą. Większość wykładów opiera się zwykle na materiałach opracowanych kilka jeśli nie kilkanaście lat temu. Przegląd tego jak się kiedyś coś robiło jest potrzebny, ale nie można bazować tylko na tym. Większy problem to i tak za mała liczba laboratoriów i ćwiczeń oraz za duże grupy, bo student po ukończeniu uczelni nie ma pojęcia jak praktycznie podejść do problemu, często nie wie jak go zdefiniować. Przydały by się ćwiczenia zaczerpnięte z przemysłu – realne, a nie wymyślane na poczekaniu i co roku takie same. Odradzałbym próbę interaktywnego prowadzenia ćwiczeń. Wedle starej zasady „jak się nie oparzy to się nie nauczy” dużo lepsze efekty przyniesie faktyczna praca przy maszynie, sterowniku czy wręcz całym miniaturowym systemie odwzorowującym rzeczywiste problemy.”
Urodziłem się w małym mieście na Podkarpaciu, tam po raz pierwszy zmuszono mnie tego, żeby zdobyć formalne wykształcenie, chociaż wolałem social learning, zbieranie puszek po napojach i przesiadywanie godzinami przed komputerem w poszukiwaniu szybszej metody na wczytanie gry z kasety do swojego Commodore 64.

