Pomysł wart jest zero złotych, ale to ja o tym decyduję
Wydawało mi się do niedawna, że pomysły są najważniejszym elementem dowolnego projektu. Że kreatywność twórców, myślicieli, wynalazców, ich zdolność do łączenia różnych elementów i wykorzystania synergii pcha cywilizację naprzód. Okazuje się, że pomysły są za darmo, a ich twórcy, jeśli chcą zarobić, muszą przekuć je w “coś działającego”. Przyznam, że trochę mnie to przeraża, bo w większości wypadków na pomysłach polega moja praca, a kiedy coś wymyślę i wiem jak to zrealizować, to reszta jest wtórna.
Niestety zadomowiona wśród startupów “nicniewartość” idei sprytnie podąża w kierunku innych branż, a w prasie czytamy:
“Jeżeli nie masz nic do pokazania, nie ma sensu, żebyś przychodził do inwestora – zauważa Krzysztof Kowalczyk. – Sam pomysł to za mało – najpierw należy go rozwinąć, stworzyć przynajmniej działający prototyp, a dopiero później zaprezentować go potencjalnym partnerom biznesowym”,
ewentualnie:
“…rozmowy z inwestorami można zacząć w momencie, kiedy ma się już co najmniej działający prototyp naszego produktu.”
Nawet kultowy 37signals upiera się, że sam pomysł nic nie jest wart. http://gettingreal.37signals.com/ch06_Done.php
Obserwując to z boku zauważyć można pewną prawidłowość. Jest pomysł, grupka zajawionych osób, które są w stanie się dogadać, później prototyp, buzz, inwestor i (czasami) cisza. Widać taka specyfika podejmowanych działań, albo po prostu taka moda. Interesuje mnie jednak (może ktoś mi odpowie) skąd wzięła się tendencja do trywializowania pomysłu, przecież czasami od pomysłu bardzo blisko jest na przykład do patentu, a te nie leżą na ulicy.
W oparach startupów
Gdzieś w eterze młodych biznesów wisi przeświadczenie, migrujące na inne branże, że bardzo szeroko rozumiane pomysły są czymś, co powinno być dostępne za darmo. Na własnej skórze doświadczyłem takiego traktowania. Zaproponowano mi udział w projekcie, wydał mi się ciekawy, więc przedstawiłem ofertę. Niestety moje myślenie na temat tego, że za podzielenie się pomysłami w formie opracowania kilku możliwych rozwiązań jest warte podpisania umowy i rozliczenia się było błędne i z powodu ograniczeń, zaprojektować rozwiązanie mam nieodpłatnie, a jeśli się spodoba to podpiszemy umowę na realizację i wdrożenie. Nie wiem czy ograniczeniem była jadowita świnka skarbonka, czy po prostu chęć zebrania pomysłów, ale pamiętam dobrze argumenty, których użyto:
- za pomysły dzisiaj nikt nie płaci,
- pomysł jest warty 0 zł,
- płaci się dopiero za prototyp.
Niestety chodzimy po bardzo cienkim lodzie, bo prawda jest taka, że koncepcja wstępna jest najbardziej kreatywną częścią procesu projektowego. Pomysł, nawet niedopracowany pod względem estetycznym, nie będący więc jeszcze nawet prototypem, stanowi podstawę do wszystkich innych działań. Problem w tym, że o ile zarażonych pasją tworzenia młodych przedsiębiorców może nie zrazić fakt, że ktoś zbiera ciekawe pomysły, o tyle na przykład dla designerów, jest to bezpośrednie ryzyko wykonywania prac za darmo. Przecież w momencie, kiedy idea wychodzi z głowy autora nabiera ogromnej wartości i to nieważne, czy jest to prezentacja na spotkanie z inwestorem, czy niewyraźna, bo szybko wyrysowana na flipcharcie koncepcja nowej funkcjonalności serwisu. Tim Mott, który pracował nad pierwszym interfejsem graficznym sedno projektu zawarł na serwetce, co w wywiadzie z autorem książki Interaction Design opisuje:
“Pewnego późnego popołudnia siedziałem w barze, bazgrałem na serwetce czekając na przyjaciela. Myślałem o tym problemie (interfejsie użytkownika). Byłem opętany ideą projektowania; Pochłonęło mnie w całości;”
Z tego “bazgrania” powstał interfejs, który później “pożyczyła” ekipa Jobsa i moim zdaniem wart był dużo więcej niż użyta celuloza.
Na nieszczęście dla inwestorów
Na nieszczęście dla inwestorów, którzy wolą wkładać swoje pieniądze w twory już zmaterializowane, pomysły rodzą się w głowach. W formie projektów idee warte są czasami bardzo dużo, zwłaszcza jeśli są ciągle połączone z kreatywną głową autora, a do tego trafią na podatny grunt. Cytowany powyżej Tim Mott miał pomysł, Xerox wyłożył pieniądze na jego realizację, a inny kreatywny umysł zrobił z tego użytek oswajając komputery i czyniąc z nich zwierzęta domowe.
Pomimo tego, że zwykło się mówić, że “sam pomysł nic nie jest wart” fajnie byłoby gdybyśmy ciągle mieli możliwość decydowania, czy chcemy robić coś za darmo, czy za pieniądze, nawet jeśli jest to tylko wymyślanie. Generalnie rzecz biorąc nie powinniśmy dawać się wykorzystywać, a jeśli już to pod warunkiem, że mamy na to ochotę i czerpiemy z tego satysfakcję.
Urodziłem się w małym mieście na Podkarpaciu, tam po raz pierwszy zmuszono mnie tego, żeby zdobyć formalne wykształcenie, chociaż wolałem social learning, zbieranie puszek po napojach i przesiadywanie godzinami przed komputerem w poszukiwaniu szybszej metody na wczytanie gry z kasety do swojego Commodore 64.

