Jak powstają e-podręczniki? – list do redakcji
„Mam doświadczenie programistyczne w pracy w firmie zajmującej się wytwarzaniem e-podręczników. Firma ta współpracuje z największymi wydawcami podręczników zarówno w Polsce jak i na świecie. Do napisania zainspirował mnie post z debaty o e-podręcznikach. Obserwuję jak przebiega proces tworzenia e-podręczników i dostrzegam w nim wiele wad. Główną moją obserwacją jest fakt, że realizacja tych produktów jest skupiona głównie na celach biznesowych, zgodnie z zasadą, że jak coś się sprzeda, to znaczy, że pewnie jest wystarczająco dobre”.
List rozpoczynający się od takich słów dostałem na swoją skrzynkę po ostatniej debacie. Autor prosił o anonimowość, ale w niczym nie umniejsza to wiarygodności przedstawionych faktów.
Przestarzały produkt
Produkt, którego rozwój obserwuję, jest systemem technologicznie przestarzałym – od paru lat nie został przepisany na nowo, co rodzi liczne problemy i ograniczenia. Ponieważ jednak sprzedaje się dobrze, nie ma czasu na jego przepisanie. Bo po co poprawiać coś, co dobrze się sprzedaje?
Ów system jest sprzedawany jako „nowoczesny”, a jego nowoczesność sprowadza się do tego, że jest to treść podręcznika przeniesiona po prostu do aplikacji webowej, która umożliwia wypełnianie rubryk za pomocą formularzy.
Funkcjonalność produktu ogranicza się do rozwiązywania serii zadań i śledzenia wyników. System jednak działa dobrze i spełnia swoje zadanie. Za pomocą tego produktu uczy się dzieci w szkołach.
W czym zatem kłopot?
Otóż produkty tego typu były projektowane w swojej istocie jakieś 4-5 lat temu. Od tego czasu system niewiele się zmienił i wciąż pozostaje interaktywnym formularzem do śledzenia wyników w nauce. Książka w wersji wirtualnej jest kopią 1:1 podręcznika papierowego, z nieznacznymi zmianami w układzie treści. Ignoruje się zatem fakt, że w kontekście Internetu informacje są postrzegane i przetwarzane inaczej. Producent jednak musi dostosować się do klienta, a ten z kolei jest w ciągłym pospiechu.
Przy tworzeniu produktu nigdy nie zrobiono badań typowych dla nowoczesnych produktów interaktywnych. System jest sprzedawany do gimnazjum, liceum i szkół wyższych w zbliżonej funkcjonalnie wersji. Jedyne, co naprawdę rozróżnia poszczególne produkty to tzw. „skórka” czyli warstwa kolorów, oraz sposoby realizacji niektórych funkcjonalności związanych z raportowaniem.
Głównym celem przy starcie każdego projektu nie jest misja stworzenia lepszego produktu. A przynajmniej – nie o tym mówi się najgłośniej. Problemem, przed którym zostaje postawiony zespół projektowy, jest niezmiennie czas. Misją jest prawie zawsze „zdążyć przed terminem”. W rezultacie, pomimo, że pracują w zespole doskonali i utalentowani programiści, nikt nie może szczerze, z dumą, podpisać się pod projektem mówiąc „ja to zrobiłem, to jest świetne!” Każdy zdaje sobie sprawę z tego, że jakościowo produkt odbiega od tego, co można by zrobić (gdyby nie umowy, terminy i absurdalne wymagania klienta).
Tyle z faktów, czas na refleksję
Mam też osobistą refleksję z tym związaną. Jestem przekonany, że niesprawiedliwie byłoby winić producentów za ten stan rzeczy. Dostarczamy bowiem dokładnie taki produkt, jakiego domagają się wydawcy, w terminach, jakie wyznaczają i w budżecie jaki są skłonni przeznaczyć.
Problemem jest brak świadomości wydawców na temat tworzenia produktów e-learningowych wysokich jakościowo i brak woli, aby to zmienić. Wydawcy wiedzą najlepiej, zatem podręcznik w sieci to to samo co podręcznik papierowy. Do współpracy z producentem deleguje się osoby, które będąc ekspertami od publikacji tradycyjnych, niewiele wiedzą o tworzeniu treści i produktów dla internetu. To widać na poziomie współpracy z redakcją i działem graficznym, że o modelu biznesowym nie wspomnę. Nie ma natomiast w budżecie projektów czegoś takiego jak badania. Nie funkcjonuje żaden pomost współpracy, wymiana doświadczeń pomiędzy branżami.
Przypuszczam, że jest tak, ponieważ wysokojakościowe produkty webowe mogą wiele namieszać. Obecne status quo zostanie utrzymane, ponieważ wydawcy nieufnie patrzą na Internet. Autorzy podręczników nie znają i nie rozumieją tego medium, brak im odwagi i wiedzy do tworzenia produktów, które zmienią ten rynek. Ten problem dotyczy jednak szkoły w ogóle, ta zaś jest sama w sobie reliktem minionej epoki (zastrzegam, że jest to moja opinia; siłą rzeczy jestem skazany na ogólny ogląd rzeczywistości szkolnej jako takiej, stąd moja opinia może być krzywdząca dla wyjątkowych ludzi w tej branży, których również nie brakuje).
Cała nadzieja w tym, że znajdzie się odważny wydawca, który oprócz własnego przetrwania i dobrobytu zawalczy także o uczniów. W całym tym interesie to oni tracą najwięcej, bo tracą szansę. Młodym jest się tylko raz i te dzieciaki zasługują na to, by dostarczyć im faktycznie najlepszych rozwiązań e-learningowych. Biorąc pod uwagę niemal zerowy koszt reprodukcji oprogramowania webowego, nie powinno to być problemem w 40-milionowym kraju.
Zdjęcie: Some rights reserved by alex.lines
Urodziłem się w małym mieście na Podkarpaciu, tam po raz pierwszy zmuszono mnie tego, żeby zdobyć formalne wykształcenie, chociaż wolałem social learning, zbieranie puszek po napojach i przesiadywanie godzinami przed komputerem w poszukiwaniu szybszej metody na wczytanie gry z kasety do swojego Commodore 64.



