NA SKRÓTY
Piotr Peszko
+48 605 570 195
ppeszko@gmail.com

Nie dla religii w szkole – rozmowa z Prof. Hartmanem

Nie dla religii w szkole – rozmowa z Prof. Hartmanem

27 marca 2012

7 lutego MEN wprowadziło zmiany w przepisach określających ramowy plan nauczania w szkołach publicznych, na mocy których od 1 września religia znalazła się wśród godzin opłacanych przez samorząd. Spowodowało to oburzenie w kręgach katolickich, bo oznacza, że obecność religii w szkole od nowego roku szkolnego zależeć będzie od dobrej woli i wysokości budżetu konkretnej gminy czy powiatu.  O kilka zdań na ten temat poprosiłem Prof. Jana Hartmana.

Panie Profesorze, jak to jest z tą religią, która znalazła się w szkole?

Jeśli chodzi o szacunek dla zasady rozdziału kościoła od państwa, bezwzględnie lepiej jest, żeby każda instytucja, która chce krzewić swoje idee, robiła to na własną rękę. Polskie państwo jest świecką republiką i nie powinno w żaden sposób faworyzować żadnego światopoglądu ani żadnej religii za pomocą swojej infrastruktury, także edukacyjnej.

A czy nie jest tak, że wynika to z katolickiej większości, która chce realizować swoje cele? Kościół może sobie po prostu na to pozwolić. 

Oczywiście! Przecież religia w szkole nie jest rozwiązaniem przyjętym dobrowolnie. Kolejne rządy uważają, że kościół jest tak potężny, iż trzeba mu we wszystkich sprawach ustępować, a nawet uprzedzająco oferować pewne korzyści – po to, aby zyskać sobie jego przychylność lub przynajmniej neutralność. Tak to właśnie było. Kościół zażądał powrotu religii do szkół, a państwo się na to ochoczo zgodziło. Następnie kościół kazał sobie za te lekcje płacić, co zresztą jest niezgodne z prawem, gdyż rządowi nie wolno sponsorować działalności nie przynoszących korzyści społecznych, a krzewienia żadnej wiary bezstronne religijnie państwo za takową uznawać nie może. Takim sposobem w latach 90-tych skonstruowano u nas państwo półwyznaniowe.

KALENDARZSzkoleń

Jak według Pana religia wpływa na szkołę jako instytucję?

Szkoła w Polsce jest bardzo głęboko sklerykalizowana. Religia w wymiarze 2 godzin tygodniowo wygląda jak główny przedmiot, a to przesądza o prokatolickim, wręcz narodowo-katolickim odcieniu szkoły. Dyrektorzy czują się zobligowani do tego, aby składać hołdy kościołowi. Nie ma tu mowy o żadnej neutralności i bezstronności, a obecność lekcji religii dramatycznie utrudnia mówienie prawdy o dziejach stosunków między Polską a kościołem. Utrudnia mówienie o historii kościoła, często zbrodniczej. Utrudnia również mówienie o religii w sposób naukowy.

Gdyby mógł Pan wybrać jeden, najgorszy czynnik, taki definitywnie przesądzający przeciwko obecnej sytuacji w tym względzie, to byłoby to…? 

Obecność religii w szkole w młodszych klasach, a jeszcze w większym stopniu w przedszkolach jest przymusem religijnym, często bardzo brutalnym. Rodzice, którzy chcieliby, aby ich dzieci nie chodziły na religię, w przeważającej liczbie rezygnują z tych planów. W przeciwnym razie te dzieci spotkałyby przykrości ze strony opiekunów i innych dzieci.

Czy mógłby Pan dokładniej opowiedzieć o sytuacji przedszkola? 

Niestety, w przedszkolu sytuacja wygląda dramatycznie, bo tam lekcja religii odbywa się w ten sposób, że katecheta przychodzi do sali. Gdyby jacyś rodzice chcieli, aby ich dziecko nie chodziło na religię, to dziecko zostanie wyprowadzone do innej sali. Jest to jednocześnie jedyna i podstawowa kara, jaką się w przedszkolu stosuje wobec dzieci. Tym samym jest to niezwykle przykre przeżycie dla dziecka, wobec tego prawie nikt się nie decyduje na to, aby jego dziecko w lekcjach religii nie uczestniczyło.

WEBINARYRobię

Jak ocenia Pan tę sytuację? 

Jest to perfidny przymus. Jest tak skuteczny, że go w ogóle nie widać. Wszyscy się mu podporządkowują i nie jest w żaden sposób zapisany. Lepszy byłby już przymus formalny: jesteśmy państwem katolickim i wszyscy mają chodzić na lekcje religii katolickiej. Byłoby to skrajnie niedemokratyczne, ale przynajmniej uczciwe. Oprócz tego nie-katolicy, a nawet ludzie, których państwo ma obowiązek szanować tak samo jak katolików, a mianowicie wrogowie katolicyzmu muszą płacić ze swoich podatków na kościół.

Panie Profesorze, a może rozwiązaniem byliby wykształceni katecheci, którzy nauczaliby zgodnie z zapotrzebowaniem dowolnej religii lub na przykład etyki? 

Katecheci i księża są w pełni podporządkowani władzy kościelnej, mimo że za lekcje płaci państwo. To nielegalne i upokarzające dla państwa. Nawet jeśli założyć, że finansowanie dowolnej religii byłoby legalne, chociaż trudno mi sobie to wyobrazić, to nielegalne jest w każdym razie to, że państwo zgadza się na zupełny brak kontroli. Organy państwa nie mogą wydawać pieniędzy nie żądając pełnych rozliczeń, wglądu w aspekty finansowe, no i wpływu na to, jak zamówienie publiczne jest realizowane. W przypadku religii, państwo nie formułuje żadnych warunków programowych i nie stawia żadnych wymagań co do kadry. Państwo płaci i o niczym nie decyduje. Płaci i nie może wymagać. Jest to sytuacja nieetyczna i bezprawna.

PREZENTACJERobię

Jakiś wpływ na wygląd szkoły ma lokalna społeczność? Czy według Pana ma jakiś wpływ na kwestie związane z lekcjami religii? 

Nie da się nic zrobić, żeby na poziomie lokalnym zdeklerykalizować szkołę. Żaden dyrektor i żaden kolektyw rodziców się na to nie zdecyduje. Tym bardziej, że wszędzie katolicy są w większości. Kościół działa tu na zasadzie: większość ma zawsze rację, co jest zasadą skrajnie antydemokratyczną. W demokracji konstytucyjnej chodzi o to, że mniejszość ma takie same prawa jak większość, z wyjątkiem możliwości wyłaniania rządu. Demokracja konstytucyjna chroni mniejszości, ale kościół tego oczywiście nie respektuje i zaprowadza swoje porządki. Jest niemożliwe, żeby dyrektor postawił się kurii i powiedział na przykład, że lekcje religii mają się odbywać na pierwszej i ostatniej godzinie, bo tego wymaga rozporządzenie ministra i uczciwość. Kuria i biskup są postrzegani jako władza i nie ma żadnych szans na zmianę, a i rodzice są bardzo potulni, bo Polacy postrzegają kościół jako organ władzy.

Czy w kontekście globalnego świata i migracji ludności o różnych wyznaniach jest jakaś szansa na zmianę? 

Kamyczek porusza lawinę. Jeśli pierwszy rząd przekona się, że obcinanie przywilejów kościoła działa, to uruchomi to proces odzyskiwania przez państwo pełnej suwerenności. Jak kościół zobaczy, że państwo jest silne, to zmieni ton. Normalizacja musi zacząć się od pewnego inicjalnego aktu. Państwo musi raz tupnąć nogą i przypomnieć kościołowi, kto tutaj rządzi i że księża też podlegają prawu. Sytuacja od razu by się zmieniła. Przez kilka dni rozdzieraliby szaty, lamentowali, że jest to atak na kościół, a później zaczęli by pojmować, że ich miejsce jest w szeregu wolnych stowarzyszeń, równych wobec prawa i państwa. Na razie jednak daleko do tego, żeby kościół był równy wobec prawa. Żeby biskup miał takie same prawa jak pan czy ja – to dziś wciąż zupełne science-fiction.

""
1
Previous
Next
o-autorze
Piotr PESZKO

Urodziłem się w małym mieście na Podkarpaciu, tam po raz pierwszy zmuszono mnie tego, żeby zdobyć formalne wykształcenie, chociaż wolałem social learning, zbieranie puszek po napojach i przesiadywanie godzinami przed komputerem w poszukiwaniu szybszej metody na wczytanie gry z kasety do swojego Commodore 64.