Dudy nie ogarnąłem, w sensie że Andrzeja
Jadę samochodem. Radio trzecie w kolejności powstawania mówi mi że Prezydent. W sensie, że stary out, nowy in. Zastanawiam się w korku do Kleparza – po co? Przecież już był, to niech będzie dalej. Po co ma mówić dzisiaj – Pa pa, a jutro – Aku ku. Po co ta szopka?

Myślę, więc. Dalej jadę. W radio muzyka. Otwieram szybę i macham palcem w dół, żeby współstacz też otworzył swoją i pytam:
– Kto wygrał wybory prezydenckie?
– Telewizji nie masz? Duda!
– Dziękuję – powiedziałem cichutko, jakby sam do siebie i jakby dochodzący do przekonania, że mój nieogar rzeczywistości osiągną poziom milion, albo zero.
Urodziłem się w małym mieście na Podkarpaciu, tam po raz pierwszy zmuszono mnie tego, żeby zdobyć formalne wykształcenie, chociaż wolałem social learning, zbieranie puszek po napojach i przesiadywanie godzinami przed komputerem w poszukiwaniu szybszej metody na wczytanie gry z kasety do swojego Commodore 64.

