Już przed debatą pisałem w tekście E-podręcznik, czyli co? o swoich wielkich oczekiwaniach związanych z tematyką konferencji. Czas zatem na refleksje pokonferencyjne. Niestety, nie mogłem uczestniczyć w debacie osobiście i skazany byłem jedynie na relację on-line. Nerwową zresztą bardzo, bo mogłem obejrzeć ją tylko w czasie przerw. Szkoda, że wybierając termin organizatorzy nie pomyśleli, że główni zainteresowani – czyli nauczyciele i uczniowie mają w tym czasie zajęcia! Liczyłem jeszcze na relację pokonferencyjną, ale niestety, nagrań wideo wciąż nie ma. Kto chce, może się natomiast zapoznać się z relacją pisemną, ale przecież to nie to samo.
Wielcy nieobecni
Na konferencji wystąpiło wielu znakomitych prelegentów, ale jakoś nie doszukałem się wśród nich ani nauczycieli, ani też uczniów. Dziwi mnie to bardzo, bo przecież tematem dyskusji były e-podręczniki, które właśnie przez nich mają być używane! Wynika z tego jednoznacznie, że nikt nie zamierza pytać najbardziej zainteresowanych, jakie są ich oczekiwania i obawy.
Trzy łyki statystyki….
„Gazeta Wyborcza” opublikowała wyniki mało (mam nadzieję) reprezentatywnego sondażu, przeprowadzonego na grupie 120 nauczycieli. Co prawda zmuszeni do wyboru albo-albo nauczyciele w większości (71 proc.) uznali, że zastąpienie podręczników papierowych elektronicznymi „poprawiłoby jakość kształcenia”, niemal wszyscy (88 proc.) uznali, że „szkoła powinna być otwarta na nowe technologie”, a ponad połowa (57 proc.) uważa, że dzięki e-podręcznikom łatwiej byłoby przygotować uczniów do egzaminów.
Ten piękny obraz psują argumenty przeciw: „Szkoły nie są dostatecznie wyposażone w komputery” – uznało 95 proc. badanych. Blisko połowa (46 proc.) oceniła, że polscy nauczyciele nie są gotowi na e-podręczniki, że uczniowie rozkojarzą się (43 proc.), a nawet nastąpi chaos w nauczaniu (41 proc.).
Za twierdzeniem, że „nic nie zastąpi dobrej książki i podręcznika na papierze”, optowało jednak tylko 28 proc. badanych nauczycieli.
Czy leci z nami pilot?
Obecni na debacie ministrowie Szumilas i Boni zapowiedzieli wdrożenie pilotażowego programu cyfryzacji szkół, przeznaczając na niego 50 mln złotych. W ramach pilotażu mają być doszkalani nauczyciele, ma być również kupiony sprzęt do szkół, ale – jak zastrzega Minister Boni – istotą pomysłu nie jest zakup sprzętu.
Pilotaż ma być gotowy do końca lutego, a jego realizacja ma zakończyć się jesienią. No cóż… To bardzo enigmatyczne obietnice, pozbawione całkowicie konkretów! Ale przecież…
To już było!
Pamiętamy doskonale, jak na początku swojej kadencji cztery lata temu premier Donald Tusk zapowiadał, że każdy gimnazjalista otrzyma laptop (zob.
Laptop dla ucznia- podejście drugie). Wtedy też były szumne zapowiedzi, a skończyło się na wydaniu 16 mln złotych z pieniędzy podatników na szkolenia dla nauczycieli. Co prawda w efekcie gimnazjaliści laptopów nie otrzymali (kryzys), ale spora grupa nauczycieli przeszła szkolenie z nowych technologii nauczania, która to wiedza i tak dzisiaj wymaga odświeżenia.
Nie idźcie tą drogą!
Nie ukrywam, że to dla mnie najcenniejszy punkt tej debaty: refleksje gości z zagranicy. Przykład Hiszpanii czy Norwegii powinien być bardzo pouczający! Myślę również, że najlepszym podsumowaniem debaty będą słowa Dalidy van Dessel, specjalistki ds. edukacji w holenderskim Instytucie Wizji i Fonii:
W dobrym e-podręczniku uczeń znajdzie materiał, który odpowiada wymogom szkoły. Podsuwa on uczniowi filmy, nagrania audio, artykuły, które np. pozwolą mu przygotować wiedzę o Unii Europejskiej. Dziecko nie szuka na oślep po całym Internecie, ma materiał wyselekcjonowany, dobrany do jego wieku i wymaganego zakresu wiedzy. Potrzebne jest profesjonalne przygotowanie e-podręczników. Nie warto zrzucać tego na nauczycieli, bo to, że ktoś jest świetnym nauczycielem, nie znaczy automatycznie, że potrafi przygotować taki materiał.
Oby polscy decydenci zapamiętali te słowa.