eLearning dla "Michałków"
Do napisania tego tekstu skłonił mnie dzisiejszy artykuł opublikowany w Rzepie. Szumnie nazwany „Uczeń pisze wirtualną klasówkę” porusza bardzo ważny temat wprowadzenia regulacji prawnych.
Całość tekstu sprowadza się generalnie do jednego zdania: Ministerstwo Edukacji Narodowej pracuje nad nowelizacją ustawy o systemie oświaty która ureguluje prawnie edukację online i myślę, że bardziej adekwatnym tytułem byłoby: Lepszy rydz, niż nic.
Cytat znamienny
Wkrótce jednak polskie szkoły i ich uczniowie dostaną szansę na podobne udogodnienia.
Szanowni dziennikarze Rz. Uczniowie nie dostaną szansy na udogodnienia, to ustawa o szkolnictwie wyjdzie z „ciemnych wieków” i legislacyjnego nieudacznictwa, czy niedbalstwa, sam nie wiem jak to określić. Uczniowie już bardzo efektywnie korzystają z internetu do nauki, a nauczyciele uczą online (wystarczy spojrzeć na dane megapanelu dotyczące popularności serwisów edukacyjnych). Wspomniana zmiana to jedynie delikatne wysunięcie ręki z nocnika, ale przejdźmy dalej.
Opinia fachowa
Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, posłanka PO, członek Sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży
Ustawa o systemie oświaty dopuszcza kształcenie indywidualne, edukację domową, kształcenie eksternistyczne, ale nie przez Internet. Ta forma komunikacji z uczniem wykorzystywana jest jedynie po lekcjach, w innowacyjnych projektach edukacyjnych. Nauczyciele nie mają odpowiednich do nauczania online materiałów dydaktycznych, nie szkolą się też w specyficznej przecież metodyce kształcenia przez Internet.
Tymczasem lekcje online nie są ograniczeniem, ale szansą. Nie chodzi o to, żeby nagle uczyć w tym trybie matematyki czy innych przedmiotów, ale by prawo dopuszczało tworzenie wirtualnych klas i uczestnictwo w lekcjach mniej popularnych przedmiotów do wyboru, jak np. etyka.
Dlatego ważne jest uregulowanie tej formy kształcenia tak, by mogła być stosowana w odniesieniu do podstawy programowej, a nie tylko zajęć pozalekcyjnych.
Po przeczytaniu tej opinii zastanawiałem się, czy mam się śmiać, czy raczej płakać. Wtedy przypomniała mi się bajka telewizyjna, którą wspominam w tytule. W latach mojego dzieciństwa, poczciwy czarno-biały telewizor karmił mnie bajką „Michałki”.
Dzisiaj fabuła nabrała zupełnie nowego kontekstu. W serialu dwie animowane kukiełki czyli Michał Mały oraz Michał Duży poruszały tematy z życia, które kończyły się „receptą” na wyjście kłopotów, a jednym ze stałych elementów, był materiał „Legendoskopem po kraju”. Przedstawiający różne historie i legendy z całej Polski.
Jak już wyrosłem z tej bajki, „michałkami” nazywano u mnie w domu wszystkie „mniej ważne” przedmioty, np. przysposobienie obronne, czy plastykę.
Zestawiając teraz wypowiedź Pani posłanki z „michałkową teorią” – pasuje jak ulał. To, co sprawia problem (etyka) i to z czym nie możemy sobie poradzić wrzućmy do e-learningu. Niech ważne przedmioty ciągle zostaną tak jak są, bo przecież „Legendoskop” skutecznej edukacji „nie-michałków” ciągle działa – nie jest istotne jak (wyniki PISA), ważne że.
Aby nie być gołosłownym proponuję przyjrzeć się case-owi korporacyjnych szkoleń dotyczących przestrzegania polityki firmy (ang. Compliance Training).
Taki niepozorny mały Michałek okazuje się problemem, bo:
– pracownicy go nie lubią i nie uczą się,
– dlatego też, nie lubią go trenerzy,
– jak nie lubią, to wrzucają do LMS-a,
– teraz pracownicy nie lubią elearningu całościowo i generalnie, bo pierwsze wrażanie robi się tylko raz.
Dla większości działów szkoleniowych, jest to najwieksza orka na ugorze, szkolenie nudne dla prowadzących i uczestników. Pierwszym krokiem było więc wywalenie go, łącznie ze szkoleniami BHP do firmowych intranetów i wymuszenie zaliczenia quizu. Rezultat jest taki, że obydwa szkolenia są określane jako najbardziej bezproduktywnie spędzony czas.Tym miłym akcentem gratuluję nowego pomysłu, podejścia, dokładnej analizy tematu, a także tego co dzieje się w dzisiejszej edukacji i de profundis clamavi…
Urodziłem się w małym mieście na Podkarpaciu, tam po raz pierwszy zmuszono mnie tego, żeby zdobyć formalne wykształcenie, chociaż wolałem social learning, zbieranie puszek po napojach i przesiadywanie godzinami przed komputerem w poszukiwaniu szybszej metody na wczytanie gry z kasety do swojego Commodore 64.

