Single Blog Title

This is a single blog caption
4
Cze

Ile kosztuje ekran elearningu i dlaczego za mało?

Czasami 150 zł, czasami 300zł. Znam przypadki, w których kosztuje niecałe 50, a ekstrema mówią nawet o złotych 30. Bo e-learning robi się łatwo. Wystarczy ukraść Adobe Captivate, albo Articulate i PowerPointa. Później przepuścić sklecony tekst przez Ivonę (syntezator mowy) i voila – przetarg w kieszeni. (Zobacz raport: Ile kosztuje ekran szkolenia?)

Rozrzut cenowy jest drastyczny. Nie dotyczy to jedynie Polski, gdzie w zasadzie na elearningu znają się wszyscy, tak jest wszędzie. Wystarczy przeglądnąć zapytania ofertowe i potencjalnych wykonawców na zagranicznych portalach dla freelancerów. Mając firmę w Polsce nie jesteś w stanie wygrać ze zleceniobiorcą z Pakistanu, bo on za ekran bierze 5 dolarów.

Oszczędny Kazio z drugiej strony tęczy

Wyobraź sobie taką sytuację. Znajdujesz na rynku firmę, która znana jest z tego, że projektuje, wdraża i realizuje rewelacyjne szkolenia. Po kilku dniach analizy, za którą musisz zapłacić, dochodzicie do wniosku, że szkolenie, którego potrzebują Twoi pracownicy będzie kosztowało ponad 30 tyś., będzie trwało godzinę i wymaga od Ciebie sporo pracy nad własną organizacją i nikt nie powiedział słowa o ekranach. (Zobacz też wpis: Jak określić czas szkolenia?)

Po drugiej stronie elearningowej tęczy jest Pan Kazio (lub Janusz, z którym nie wygrasz), który ma w palcach zdolność posługiwania się „mudlami” i „kapciem” i robi ekran za 30 złotych, a na godzinę przypada mu 40 ekranów. Jeśli więc u poprzedniego zleceniodawcy nauczyłeś się, że szkolenie będzie trwało godzinę, to prosty rachunek (30zł x 40 ekranów = 1200 zł), mówi Ci, że zapłacisz za szkolenie trochę ponad 1200zł. Pojawi się mały problem w postaci tego, że Kazio nie ma firmy i będzie potrzebował od Ciebie umowy-zlecenia z 50% za prawa autorskie, ale przecież przy oszczędności wynoszącej 28 800zł napisanie umowy jest banalnie proste.

Szara strefa migracji

Oczywiście pomiędzy drogim markowym twórcą szkoleń o rozpoznawalnej marce, a Panem Kaziem jest wiele tęczowych odcieni. Generalnie rzecz biorąc dzielą się na kilka grup:

  • agencje interaktywne – kiedyś robili strony internetowe, mają ludzi od flasha, grafiki i html-a zrobią niemal wszystko, co błyszczy, świeci, mruga i w co da się klikać. Ich „akont” razem z „kreatywnym” sprzedadzą Ci wszystko;
  • firmy szkoleniowe – więcej czasu spędzają na przerwach kawowych swoich szkoleń jedząc kanapki, ciastka i paluszki niż projektując interakcje i rysując storyboardy, ale za to szyją szkolenia z powerpointa, którego znają bardzo dobrze. Ulubionym ich narzędziem jest współpracujący z PowerPointem Articulate, a audio nagrywają sami, bo Trener-Wojtek ma super radiowy (w swoim mniemaniu) głos;
  • młodzi gniewni – wyuczeni na zagranicznych uczelniach, gdyż u nas z małymi wyjątkami, nie ma studiów o elearningu, są jedną z tańszych opcji zrobienia przyzwoitego szkolenia, ale oni przeważnie pracują dla innych większych, którym są potrzebni i na Twoje nieszczęście ich dostępność jest niska; (Sorry!)
  • uczelniani naukowcy – wykształceni tak bardzo, jak się tyko da, zjedli zęby na teoriach, badaniach, analizach i raportach, znają (niekiedy osobiście) wszystkie nazwiska z branży oraz ich książki razem ze wstępami i przypisami; niestety średnio interesuje ich, a jeszcze mniej się znają na tym czego potrzebuje np. przedstawiciel handlowy, który ma przejść szkolenie dotyczące nowego produktu. Dla naukowców liczy się przede wszystkim teoria, którą przelewają na praktykę w charakterystycznie nieudolny, graficznie niedopracowany i kompletnie nieatrakcyjny sposób. Ulubione narzędzia to Moodle, WordPress i Google Doc’s.
    (Pomimo tego, że sam tak dużo czasu spędziłem w tym środowisku, muszę to napisać. Przepraszam jeśli poczuliście się urażeni, ale tak niestety to widzę. Sprawdzanie podpatrzonych na konferencjach teorii na żywych organizmach nie jest czymś, czym można się chwalić). 
  • fabrykanci – elearningowe fabryki produkcyjne, jest ich w Polsce kilka, nie więcej niż 5, walczą pomiędzy sobą wściekle, a w zasadzie udają walkę, bo oprócz tego, że czasami spotkają się w KIO to dogadują się co do cen. Jeśli wystartujesz do nich „z wolnej ręki”, to masz bardzo dużą szansę na to, że potraktują Cię poważnie, a osiągnięty efekt będzie zadowalający. No chyba, że będziesz mieć pecha i akurat wpadniesz pomiędzy kilka wielkich zleceń i trafi Ci się „akont” na praktyce i zespół developerów z testowego outsourcigu, który ma obniżyć w przyszłości koszty;
  • hurtownicy – ostatnia najmniej znana mi grupa wielkich graczy na polskim rynku IT, żeby przybliżyć chodzi mi o rekiny wielkości Comarch’u i Asseco, które zabierają się za duże projekty elearningowe, w które mogą wpleść swoje produkty, managerów, procesy, zarządzanie i koszty związane z overheadem. Najczęściej nie działają własnymi siłami, tylko zatrudniają ludzi z zewnąrz. Ludzi z wszystkich powyższych grup, w przeróżnych konfiguracjach. Działają dość prosto: przetarg ma być duży i hajs ma się zgadzać.

Cała naprzód! Ale dlaczego w dół?

Jeśli znamy już horyzont elearninowych operatorów to wróćmy do kosztów, bo o tym przecież mowa. Jeśli popatrzymy na to, że cena szkoleń online ciągle spada, albo przynajmniej od kilku dobrych lat, przy kilkuprocentowej inflacji, nie rośnie, to coś się musi w tej naszej wspaniałej braży dziać. Opuszczają wszyscy, a przede wszystkim na jakości.

Niestety obniżanie ceny w tak specyficznej działce, która obejmuje swoim zakresem różne odcienie projektowania, IT, andragogiki, użyteczności i kilku pomniejszych dziedzin jest działaniem jednokierunkowym. Obniżając cenę szkolenia poruszamy się na jednej osi. Albo nasze szkolenie jest tańsze, albo nie istniejemy.

Początkowo proces obniżania ceny szkolenia online powoduje, że po stronie twórcy pojawiają się mądre decyzje. Zwiększa się efektywność tworzenia materiałów, zachodzą różnego rodzaju restrukturyzacje itp. Jednym słowem: rozwój.

Niestety tylko na początku. Okazuje się bowiem, że rynek rośnie, konkurencja jest coraz większa, a rzeczywistość coraz brutalniejsza. Startujemy we wszystkich przetargach i zaczynamy „kręcić wały”. Mówiąc wprost, patrzymy na to jak klient opisał szkolenie, którego potrzebuje i szukamy miejsc, w których się nam – kolokwialnie mówiąc – nastawił:

  • 10 ekranów okazuje się jednym z 10 dymkami,
  • szkolenie nie ma ścieżki dźwiękowej,
  • ścieżka audio pochodzi z syntezatora mowy,
  • zdjęcia i dźwięki są z darmowych źródeł, lub kradzione,
  • pomijamy etap analizy, projektowania, testowania,ewaluacji i z ADDIE, robimy!

    Zobacz też: Jak przeliczyć ekrany projektu szkoleniowego na czas? 

Brutalność obniżania ceny krzywdzi

Brutalność obniżenia ceny krzywdzi dostawców, krzywdzi Twoich klientów i Ciebie. Dlaczego Ciebie? Bo działa tragicznie na Twoje własne morale i motywację do pracy. Dochodzisz do miejsca, w który musisz zająć się czymś nowym, bo każdy kolejny – obniżający cenę – krok to kompromis w walce pomiędzy własnym rozsądkiem, a chciwością. Więc kiedy Ty gryziesz palce, ktoś tuż za ścianą obniża cenę o kolejne kilkanaście groszy i Twoje rozsądne działania oszczędnościowe idą w niwecz. Przetarg zgarnął ktoś inny.

Problem z wyścigiem wzdłuż osi obniżającej się ceny jest taki, że możesz wygrać, a możesz być drugi. Jeśli jesteś drugi i nie zgarnąłeś przetargu, to jakbyś wygrał. Jeśli jesteś pierwszy, to zapomnij o jeżdżeniu na konferencje, kupowaniu branżowych książek i wożeniu się służbówką do klienta. Wpadłeś w wir obniżania kosztów. Od tej pory podróżujesz za pomocą BlaBlaCar, albo autostopu, oprogramowanie „pożyczasz” na torrentach, a na książki nie masz czasu. Oczywiście możesz. Masz prawo, do tego, żeby we wszystkim być bardziej drakoński niż ten drugi.

Tylko zastanów się, czy wielkie marki są znane z tego, że są tanie? Czy jedyną wartością dobrego produktu jest to, że jest tani? Czy kochasz jakiś produkt za to, że jest tani? Czy doceniasz książkę za to, że jest tania?

Ford nie musiał być tani, Twój elearning też nie musi

Henry Ford, który był prekursorem obniżania kosztów produkcji przez produkcję taśmową i automatyzację dowiedział się od swoich klientów, że oni wcale nie chcieli najtańszego samochodu. Chcieli taki, z którego mogą być dumni, takiego, który jest bezpieczniejszy od konkurencji, bardziej stylowy, wygodniejszy. Przede wszystkim jakiś.

Żeby osiągnąć coś w branży szkoleń online również musisz być jakiś. Twoje ekrany nie mogą być takie jak tysiące innch ekranów. Twoje interakcje nie mogą być gotowcami z szablonów, a wygląd nie może być taki jak każdy inny. Musisz postawić na uświadamianie klientów, mówienie im, że coś nie ma sensu, coś innego wymaga czasu i zastanowienia. Czasami musisz też odpuszczać. Mówić: nie, dziękuję. Stawiać określone warunki i zostawiać całą resztę Panom Kaziom, albo rybom większym od siebie.

Pamiętaj! Na dłuższą metę nie ma sensu żebyś był najtańszy. Nie możesz sobie pozwolić, żeby wylądować na wyspie najtańszych wyrzutków. Nie stać Cię na to. Dla Twojego portfela będzie lepiej jeśli zaprojektujesz i stworzysz coś, z czego będziesz dumny, zadowolony i sprawi, że klient powie:

Nie jest tani, ale wart swojej ceny!

Podobało Ci się? Chcesz więcej?

Zostaw swój e-mail, bardzo chętnie przypomnę Ci o nowych treściach, a przy okazji dostaniesz e-booka o elearningu.

Poprzednie newslettery możesz znaleźć na stronie archiwum.

* indicates required