Drogi Panie Profesorze, czyli młody stawiający pułapki

Jesteśmy na facebooku

Drogi Panie Profesorze, czyli młody stawiający pułapki



Drogi Panie Profesorze, z całym szacunkiem do Pańskiego dorobku naukowego, sławy i chwały pozwolę sobie na krótkie ustosunkowanie się do Pańskiego artykułu. Z ogromną przykrością stwierdzam, że artykuł prezentuje dość krótkowzroczne spojrzenie, nie wychodzące poza skostniałe schematy. Cały artykuł jest jakby próbą wpasowania aktualnego młodego świata do drewnianych szufladek katalogowych XVIII-wiecznej biblioteki.


Przyznam szczerze, że artykuł mnie zagotował, głównie dlatego, że jeśli widzę na łamach dowolnej gazety artykuł napisany przez profesora, to chciałbym, żeby autor nieco się wysilił. Żeby może dał do przeczytania komuś tekst, zanim pojawi się on w gazecie, podjął konsultacje. Niestety, w tym przypadku jest zupełnie inaczej, chociaż może to tylko moje wrażenie.

Użytkownicy internetów
Niemniej jednak swoją polemikę z pełną treścią artykułu zacznę od podziękowania za zaszufladkowanie. Otóż pisze Pan, że ludzie w internecie dzielą się na 3 grupy.

Pierwsza grupa to pracujący w e-biznesie. Ci mają dobrze - klikają i za to im płacą, często nieźle. Kocham tę robotę - można od nich usłyszeć. Druga grupa to pracujący poza e-biznesem. Ci klikają po pracy. Dla nich klikanie to rozrywka, lepsza niż inne. Wreszcie trzecia grupa to bezrobotni, najczęściej z tytułem magistra. Dla nich klikanie to substytut życia.
Nie wydaje mi się, że młodzi ludzie są jakąś specjalną rasą "klikających" użytkowników, podobnie jak Pan Profesor nie należy do gatunku "oglądających telewizję", czy "używających lodówki", ewentualnie "czytających gazetę". Internet to naturalne środowisko egzystencji i wcale nie jest tak, że ci, którzy nie pracują w e-biznesie, korzystają z Internetu po pracy i w domu. Takie przedstawienie młodych ludzi, będących ciągle online, jest mocno wypaczone i nieprawdziwe. Klikanie, czyli co? Facebook, NK, GG. Może Allegro? 
W realu są gorsi, w Internecie są równi albo wirtualnie lepsi - mają więcej odsłon, więcej wpisów, zbierają więcej punktów za klikanie. Jest tylko jeden warunek - klikanie musi być za darmo. Musi być za darmo, bo oni są bezrobotni i nie mają pieniędzy na własne utrzymanie, a co dopiero na klikanie. 
Nie wiem czy Pan zauważył, ale nie ma już czegoś takiego jak świat wirtualny i realny. Jesteśmy coraz mniej anonimowi, a przez to wcale nie jesteśmy innymi ludźmi online i offline. Jeśli nagrywam vloga i jest mi zimno, to na video widać mój świecący nos, wcale się nie poprawiam. Jeśli piszę ten tekst, to wcale nie jest on poprawiany, jest taki jaki jest i bardzo chętnie wygarnąłbym te wszystkie argumenty w otwartej dyskusji. 

Poza tym coraz więcej rzeczy kupujemy w Internecie. Zamawiamy realne rzeczy, kupujemy te wirtualne. Zamiast zabawek kupujemy gry online. Zamiast karnetu na basen kupujemy dostęp do World of Warcraft. Jeśli chodzi o kwestię piractwa, to jest ona naturalnym etapem ewolucji usług internetowych. Zamiast pieniędzy wydawanych na produkt, poświęcamy czas i ryzykujemy. Nie chce mi się wierzyć, że gdyby w Polsce funkcjonowała usługa podobna do NetFlix, gdzie za kilka dolarów miesięcznie mamy dostęp do niemalże nieograniczonej liczby materiałów video, komuś będzie się chciało szukać filmów na RapidShare. Nie będzie to miało sensu, bo zauważmy, że już dzisiaj płacimy około 50 zł za dostęp do internetu, a zapewne drugie tyle za dostęp do kablówki.

Ciekawa sytuacja jest np. z muzyką. Okazuje się, że ci co kradną dużo, równie dużo kupują, a do tego, zboczeńcy, chodzą na koncerty i płacą grubą kasę za to, żeby pojechać na koncert zagraniczny. Nie trzeba daleko szukać, wystarczy spojrzeć na Heineken Festiwal.

Co ja pacze? 
I tu tkwi pułapka internetowa na młodych ludzi. Są wykształceni, mają tytuł magistra, mają wiedzę, po to studiowali, aby sprzedawać tę nabytą wiedzę w formie produktów i usług cyfrowych i z tak zarobionych pieniędzy żyć. Dostaną te - należne im - pieniądze, jeśli treści w Internecie będą płatne, bo dzisiaj główną platformą dystrybucji wiedzy i twórczości jest internet. Ale oni tego nie chcą - chcą, aby treści w Internecie były za darmo, bo oni nie mają na nie pieniędzy. Tylko że tak się nie da. Nie można jednocześnie chcieć zarabiać na sprzedaży własnej wiedzy i twórczości przez Internet, i chcieć, aby cudza wiedza i twórczość były za darmo. To jest sprzeczne! 
Pan Profesor widać nie czytał Chrisa Andersona i jego analizy darmowości internetowej, a szkoda. Pewnie to zdanie by się nie pojawiło. Oprócz tego młodzi ludzie, w tym ja, czują się oszukani przez system kształcenia, którego jest Pan częścią. Niestety mieliśmy nieszczęście przejść przez zasieki studiów, które kompletnie nie dały nam przygotowania do tego, co teraz robimy. Studia, na które miałem przyjemność uczęszczać, zatrzymały się w zamierzchłych czasach preparatoryki chemicznej i nie miały nic wspólnego ze współczesną pracą technologa. Naturalnym więc kierunkiem rozwoju była kariera naukowa rozpoczęta w kole naukowym, kontynuowana w roli pracownika uczelni... Na szczęście w odpowiednim momencie niektórzy są w stanie się ocknąć, przejrzeć na oczy i zobaczyć, że bezpieczny świat uczelnianych pierdzistołków to nie szczyt marzeń, a raczej ich limitacja i skazanie na wymarcie.

Jeśli chce Pan oceniać młodych ludzi i ich podejście do życia, zapraszam na któreś z krakowskich spotkań Hive, a może nawet na wrocławski EduCamp. Zobaczy Pan tam ludzi, którzy tworzą rewelacyjne produkty dostępne za darmo, a mimo wszystko zarabiające na siebie i utrzymujące całkiem spore grupy ludzi.

Nie ma żadnej sprzeczności w tym, żeby czyjaś wiedza była dostępna w jakiejś formie za darmo, a w innej była płatna. Piszę ten tekst za darmo, nie zarabiam na tym, ale za jakąś inną część mojej wiedzy, mój czas, uwagę ktoś inny ma ochotę zapłacić i to jest całkiem naturalne. Proponuję obejrzeć polecany wczoraj PressPausePlay.

Poszłem na studia 
Jesteśmy na dobrej drodze do zbudowania w Polsce społeczeństwa wiedzy, przynajmniej nominalnie. Studiuje ponad połowa młodego pokolenia, mamy dwa miliony studentów, więc za chwilę będziemy mieć miliony absolwentów. To bardzo pozytywne zjawisko, jest tylko jedno "ale" - nie zbudowaliśmy w Polsce gospodarki opartej na wiedzy, która wykształconym ludziom dałaby pracę opartą na wiedzy zgodną z ich aspiracjami. 
Panie Profesorze, to, ilu ludzi studiuje w Polsce, nie ma żadnego znaczenia. Wykształcony człowiek nie żyje już w Polsce, nie żyje nawet w Europie. Żyje wszędzie, gdzie tylko chce. Wcale nie uważam, że bliżej niezidentyfikowany osobotwór ma w Polsce budować cokolwiek, co da mi pracę. Błagam, niech mi tylko nie przedzkadza. Niech nie wprowadza zamętu i niech nie tworzy stereotypów, na przykład przy pomocy takich artykułów. My nie potrzebujemy zakładów pracy chronionej, gdzie za 2 tysiące z kawałkiem będziemy mogli nic nie robić. Tylko błagam, nie przeszkadzajcie. 
Na tych 500 tys. nauczycieli przypada 200 tys. studentów kształcących się na nauczycieli, nie wspominając o absolwentach kierunków pedagogicznych z wcześniejszych lat. (...) Gołym okiem widać, że nie będzie dla nich miejsca na rynku pracy, więc albo podejmą pracę niezgodną z ich wykształceniem, często poniżej ich ambicji i aspiracji zawodowych, albo zasilą szeregi klikających bezrobotnych.
I po raz ostatni w tym tekście pozwolę się z Panem nie zgodzić. Nie wiem z jakiej przyczyny, możliwe że jest to związane z Pańską pracą naukową, szufladkuje Pan tym razem studentów kierunków pedagogicznych. Wróży Pan z liczby studentów i ilości szkół, że nie będzie dla tych młodych ludzi pracy. A ja powiem przewrotnie tak. Jeśli będą chcieli ją mieć, to ona na nich czeka. Pedagog, dydaktyk, andragogik, specjalista od dydaktyki multimedialnej, projektant szkoleń, instructional designer, technical writer... wymieniać można długo. Te stanowiska czekają na młodych ludzi, którzy wiedzą, jak uczyć.

Jeśli to możliwe, chociaż pewnie nie, to prosiłbym we wprowadzeniu do kolejnego artykułu dodać jakieś tagi, np. #krótkowzroczny, #nieprzemyślany, albo najlepiej #zMojegoPunktuWidzenia.

8 komentarz(y):

A tymczasem...prof. Cellary został powołany do Rady ds. informatyzacji edukacji przy MEN - http://www.men.gov.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=2714%3Ainauguracyjne-posiedzenie-rady-do-spraw-informatyzacji-edukacji

uczelniane pierdzistołki - tak trzymać @piotrpreszko!

 

Love it! O take Polske walczymy :-)

Rada nie zajmie się niczym. Działa conajmniej od 2008 roku: 
http://men.gov.pl/index.php?option=com_content&view=category&layout=blog&id=98&Itemid=135
Nie słyszałem nic o wynikach jej pracy. Zastanawiające jest to, że oprócz profesorów jest kilku przedsatwicieli ośrodków doskonaląych nauczycieli oraz ze dwóch nauczycieli, o których nic w Googlach znaleźć się nie da i ich związków z e-learningiem ustalić.
Zatem porzućcie nadzieję! :-(

Gratuluje artykułu. Kadra akademicka powinna wiedzieć, że jej czas jest ograniczony, jeżeli sami będą ograniczać rozwój poprzez biurokratyczną wizję edukacji.
Dziwnym trafem Pan Cellary jest jedną z nielicznych osób która miała odwagę w debacie brać udział i to z punktu widzenia XIX wiecznego, klasowego.
Jak duża jest kadra organizacji akademickich w kraju?
 Czy istotą jej funkcjonowania jest jedynie zajmowanie - blokowanie stanowisk według ich reguł i publikowanie artykułów naukowych których nikt nie czyta?
Czy ich wiedza jest martwa bo jest hermetyczna, czy jest hermetyczna bo jest martwa?

Tak trzymać! W radach MEN potrzebni są ludzie z szerokimi horyzontami jak Prof.Cellary !!!

Witam Panie Władysławie :)

To zdjęcie tam na dole mnie ubawiło.
"Inauguracyjne posiedzenie Rady do spraw INFORMATYZACJI EDUKACJI"

W zasięgu wzroku stwierdzono:
Laptopów 0 ale 1 gdzieś musi być, bo:
Projektorów 1
Tabletów 0Smartfonów 0

Za to na flipcharcie co tam jest? Tollface, czy świnie z angry birds?